Dlaczego wybrałam Barcelonę?

Kiedy 13 lat temu wylądowałam po raz pierwszy w Hiszpanii zakochując się w niej bez opamiętania i zdecydowałam, że stanie się kiedyś ona moim domem, nie zastanawiałam się nad żadnym konkretnym miejscem do życia. Towarzyszyła mi myśl o przeprowadzce – nieważne gdzie, byle w Hiszpanii. Fascynowała mnie ona jako kraj. Pokochałam jej styl życia, mieszkańców, zwyczaje, język. Ale o tym już wiecie. Gdy ktoś pytał, gdzie widzę siebie po skończeniu studiów, odpowiadałam: “W Hiszpanii”. Bez wskazania konkretnego miasta. Gdy teraz o tym myślę, było to właściwie dość kurjozalne. Nie miałam ulubionego miasta, najpiękniejszego wspomnienia. Wszystkie były ulubione. Na pewno pokochałam Andaluzję, bo to chyba tamte rejony zwiedziłam wtedy, lata temu najbardziej obszernie. Jak więc znalazłam się w Barcelonie i dlaczego zdecydowałam, że to ona będzie moim domem?

Barcelonę poznałam pierwszy raz na drugim roku studiów. Spędziłam tam wtedy kilkudniowy urlop z moim ówczesnym chłopakiem – Katalończykiem. Zachwyciła mnie, ale nie była to jeszcze miłość. A że zachwycała mnie wtedy praktycznie każda miejscowość w Hiszpanii, nie czułam, że może być dla mnie wyjątkowa. Zwiedziłam wtedy typowo turystyczne miejsca, spróbowałam katalońskich dań, wybawiłam się na hiszpańskiej imprezie, zrobiłam zdjęcia z Sagradą Familią i wróciłam do Polski. Na początku trzeciego roku studiów wymarzyłam sobie wymianę studencką. Był to pierwszy krok do spełnienia marzenia, jakim była przeprowadzka. Myśl o spędzeniu kilku miesięcy, jedenego, czy też dwóch semestrów w Hiszpanii napawała mnie ogromną ekscytacją. A że chłopak, o którym wspomniałam wyżej, po niemalże roku spędzonym w Polsce, wrócił już do Barcelony, jakie inne miejsce mogłam wybrać na wymianę? Na mojej drodze pojawiła się wtedy jednak pierwsza przeszkoda. Uczelnia, na której studiowałam, nie oferowała wyjazdu do Barcelony. Dla chcącego nic trudnego – jak mówią. Nie zgasiło to więc mojego zapału i postanowiłam, że losowi trzeba odrobinę pomóc. Skontaktowałam się na własną rękę z Universitat de Barcelona (Uniwersytet Barceloński), konrektnie z oddziałem podporządkowanym mojemu kierunkowi studiów i powiedziałam, że… bardzo chciałabym studiować na ich uczelni. Tak, w mailu napisałam po prostu, jak bardzo marzę o nauce w Barcelonie i zapytałam, czy istnieje szansa na spełnienie marzenia i zapytałam oczywiście o ewentualne formalności. Ku mojemu zaskoczeniu (bo naprawdę nie nastawiałam się na to, że ktoś w ogóle mi odpisze) UB wyraził duże chęci zawiązania umowy erasmusowej z moją warszawską uczelnią. Nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście, przekazałam kontakt do Barcelony odpowiedniej osobie na moim uniwersytecie i… czekałam. Nie będę wzbudzać napięcia, bo wiecie już, że obie szkoły ostatecznie zdecydowały się podpisać porozumienie i takim oto sposobem, dzięki mnie (tak, nie widzę problemu w tym, aby przypisać sobie zasługi za coś, czego dokonałam ja) i mojej determinacji po dziś dzień studenci z mojej uczelni mogą wyjeżdżać na Erasmusa do Barcelony. Nie myślcie sobie jednak, że otwierając mojej szkole drzwi do nowych możliwości, zostałam automatycznie zakwalifikowana do wyjazdu. Oj, nie. Nadal musiałam przejść rekrutację, która składała się z egzaminu językowego, wysokich ocen, dodatkowych osiągnięć oraz zaliczenia wszystkich przedmiotów w terminie. Po tygodniach “walki”, a następnie oczekiwania na wyniki, w mojej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość ze słowem “Erasmus” w tytule. Nie wyobrażacie sobie, jak waliło mi serce, gdy otwierałam tego maila. Nie wyobrażacie sobie również okrzyku radości, który wydałam widząc proste: “gratulujemy”. To, że chwyciłam za telefon i obdzwoniłam całą rodzinę i przyjaciół, już sobie chyba wyobrazić możecie. Ale, ale… W tej pełnej emocji historii dochodzi do pewnego znaczącego zwrotu akcji. Jak to bywa w życiu i w młodym wieku, miłość przychodzi, ale i odchodzi. Nie powiem, że związek z owym, tajemniczym Hiszpanem się ROZPADŁ, ponieważ była to zgodna decyzja, która nie pozostawiła krzywdy. A żeby było jeszcze zabawniej, gdy ja czekałam na wyniki konkursu “erasmusowego”, on dostał pracę w… Polsce. I się przeprowadził. Od jakiegoś czasu nie łączyły nas już wtedy jednak zobowiązania, więc każde z nas poszło właściwie w swoją stronę. Ja do Barcelony, on do Polski.


Te miesiące spędzone w Barcelonie pozwoliły mi poznać ją dogłębnie. Już nie z perspektywy turysty, a osoby żyjącej tam na co dzień. I to właśnie wtedy zaczęła rodzić się miłość. Czy do zakochania przyczynił się fakt, iż wymianę studencką uważam za jeden z najlepszych, młodzieńczych okresów w moim życiu? Ogrom cudownych wspomnień i ludzi? Być może. Czy przyczynił się do tego fakt, że poznałam tam przyszłego ojca mojego dziecka? Nie. Ten fakt tylko ułatwił przeprowadzkę.

Wtedy właśnie Barcelona zaczęła odkrywać przede mną swoje sekrety. Pokazywać się z wielu stron, nawet tych, które niekoniecznie mi się podobały. Smakowałam jej powoli, z rozkoszą. Każdego jej aspektu. Codziennego życia, zawiązywania przyjaźni, odnalezienia miłości, poznawania jej zwyczajów i tradycji, nocnych eskapad, szalonych wycieczek. Miasto Gaudiego wie, jak zostawić po sobie ślad. Czułam, że to miejsce, które posiada wszystko i dla wszystkich. Zawsze uważałam, że absolutnie każdy znajdzie tam coś dla siebie nawet, jeśli jego upodobania mogą wydawać się najdziwniejsze na świecie. I tolerancja. Barcelona uczy akceptacji i tolerancji. Warszawa mogłaby brać z niej przykład. Ba, nawet cała Polska. Za tą cechę pokochałam ją jeszcze bardziej.

Kiedy wymiana studencka dobiegała końca i powrót do domu zbliżał się nieubłaganie, czułam w środku ogromną pustkę, strach. Tak bardzo chciałam zatrzymać wtedy czas. W Barcelonie byłam sobą, czułam się szczęśliwa, spełniona. Poznałam ludzi, z którymi utrzymuje kontakt po dziś dzień i pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy obiecałyśmy sobie z przyjaciółkami, że Barcelona któregoś dnia stanie się dla nas domem. Niestety z naszej trójki jak na razie tylko ja dotrzymałam słowa. Wsiadając do samolotu wiedziałam, że w stolicy Katalonii zostawiłam cząstkę siebie. Wiedziałam, że zostawiłam ją po to, aby któregoś dnia po nią wrócić.

I wróciłam. Kilka miesięcy w Barcelonie wystarczyło, abym przestała marzyć o wyprowadze do Hiszpanii, a zaczęła wyobrażać sobie wyjazd do Barcelony, konkretnego miejsca na mapie tego kraju. Dalszą część historii chyba już znacie. Skończyłam studia, wsiadłam w samolot i… spełniłam marzenie.

Czy po latach, gdy żyję tu ze wszystkimi jej zaletami i wadami, moja miłość zmalała? Na pewno ewaluowała, zmieniła się. Nie patrzę już na miasto przez różowe okulary. Przybyło mi lat. Zmieniłam się, jestem dojrzalsza, mam inne priorytety. Chciałoby się powiedzieć, że Barcelona nie ma już przede mną żadnych sekretów, że znam ją od podszewki, ale skłamałabym. Bo miejsce to jest w stanie zaskoczyć nawet najstarszych weteranów. Barcelona nie jest już moją utopią, ideałem, bowiem owe zwyczajnie nie istnieją. Z szalenie zakochanej dziewczyny, której wydawało się, że śni na jawie, pozostała dorosła kobieta, która trzeźwo patrzy na życie. Która bez strachu mówi o negatywach, otwarcie dzieli się obawami, zastrzeżeniami . Ale również kobieta, która nadal kocha tą jej Barcelonę.

Aby być na bieżąco, koniecznie obserwuj fanpage na Facebooku, a po więcej prywaty i zdjęć zajrzyj na Instagram.
Udostępnij